Światło cz. 7

Przeciwnie szybki migot np. pochodni smolnej ma w sobie coś niespójnego, trwożącego. Nie ma w nim stałej miary. Bliski wygaśnięcia, roznieca się znów gwałtownie, mieszając ciemność ze światłem. Dla tego nadaje się bardzo do ożywienia rysów martwych np. posągu, może jednak przejść łatwo w przesadę, budząc wtedy uczucia wstrętu i przerażenia. I sztuczne światło może świecić tak jasno, świeżo, jak światło dzienne np. jasność sali balowej. Ostre światło gazu razi z czasem. Jasność rozlana jednolicie, pozbawiona wszelkiego cienia, ulega zwykłym niedogodnościom wszelkiej monotonii, jest nie malowniczą.

Światło przyćmione, względna ciemność potrzebne są do sennego wypoczynku. Zmierzch łagodzi wstrząśnienie i przerywa niektóre czynności duszy. Ponieważ wszystkie kształty tracą w nim swą wydatność, wyobraźnia ma swobodne pole do wypełnienia braków. Zmierzch i ciemność tę tylko mają estetyczną zaletę, że odbierając nam pewność miary, jaką daje światło, wywołują częstokroć obrazy straszliwe, nadnaturalne. Wieczór ukołysał ziemię, a na górach noc zawisła. Siadam na koń. Dęby mgłą owinięte wydają mi się jak rozpostarte olbrzymy, a z każdego krzewu wyziera sto czarnych, szklistych oczów. Znana to piosnka Goethego.