Światło cz. 5

Mówiąc o pięknie natury, rad bym co chwila odsyłać czytelników do książki Yischera, której rozdziały dotyczące tego przedmiotu powinien by znać każdy. Znajdzie on tam pełno najbystrzejszych i najsubtelniejszych uwag wolnych od filozoficznej maniery. Również zwracam uwagę na dzieło Kestlina, opracowujące ten rozdział z gruntownością i wdziękiem.

Innym jest obraz wieczoru. Myśl o ciemności usposabia nas tęskno, chociaż ciało nasze po dziennym wytężeniu rade by odpocząć i pozbyć się drażniącego światła. Do zadowolenia więc, że sen bliski pokrzepi nasze siły, miesza się instynktowy żal po zachodzie świetlistej gwiazdy, której blask tak długo opromieniał wspaniale ziemię, a teraz rozpływa się, blednie, umiera.

„I piękno umrzeć musi“, znowu brzmi w naszej duszy. Upadek wzniosłego zjawiska w zachodzie słońca przejmuje nas uczuciem tragiczności.

Światło jest tak dalece warunkiem życia, że chwilową jego odmianę uważamy częstokroć za wygaśnięcie i tracimy spokój duszy. Ustawiczny więc blask księżyca, gwiazd, słońca, każdego zresztą światła nie prędko nam się przykrzy. Po długim dniu dopiero czujemy potrzebę spokoju stąd ubytek światła; dopiero pogoda długiego szeregu dni słonecznych budzi w nas pragnienie dnia pochmurnego. Temu pożądaniu zmiany czyni również zadość stała gra świateł i cieni.