Światło cz. 3

Coś jednak więcej, aniżeli urok światła spływa ku nam stamtąd: oto nieskończoność, którą widzimy; rzesza światów niezmierzona, nieobjęta nawet dla wyobraźni. Wzniosłość przejmuje świętym dreszczem. Nawet myśl o niej wydałaby się chaosem, gdyby tam wszystko nie miało swych dróg zakreślonych i gdyby harmonia i porządek wszechświata uczucia trwogi nie zmieniały w uczucie boskiej wzniosłości. Tylko kometa nas przeraża, psując na pozór ład niebieski i rodząc przypuszczenie, że może kiedyś dzień nadejdzie, w którym porządek boski rozchwieje się, a samowola i chaos opanują wszechświat.

Stałe planety więcej w nas budzą skupienia i spokoju. Ciągnie nas ku nim już nie jakaś rozpływająca się, bojaźliwa tęsknota, ale cichy, spokojny, łagodny polot duszy. Tym silniejszym on bywa w świetle księżyca. Wzrok nasz zwraca się w górę ku wielkiemu, niebiosom władnącemu ognisku, które płonie spokojnym, omglonym światłem. Noc i dzień spływają się, blask powłóczysty osiada mgłą osrebrzoną na niebie i ziemi. Uczucia światła i mroku łączą się; tu zmierzch z głębokim rysunkiem cieniów, tam promienne oko niebios. I my się rozpływamy wówczas w powodzi uczuć i rozmarzenia.