Komiczność cz. 6

Jakkolwiek humor dowodzi swobody umysłu i wesołości, siła jego może się łatwo przerodzić w słabość. Zły to humor, który w swym rozegraniu nie może wypielęgnować ani utrwalić żadnego uczucia. Zdradza on nerwową bezsilność, która bez wiedzy i woli z jednej ostateczności rzuca się w drugą. Stąd znajdziesz go często u melancholików, hipochondryków, u wszystkich, którzy nie mają silnej woli.

Jednostronni humoryści psują się własną przesadą, jak-to powszechnie widzimy. Nie zdołają oni już objąć pełną duszą żadnego przedmiotu, wypiastować w swym łonie żadnej namiętności, nie umieją pójść prostą drogą, chociażby chcieli. Robią ciągłe skoki w prawo i w lewo. Dla tego bywają nieznośni, ilekroć chcemy iść z nimi ręka w rękę, ku pewnemu celowi. Najpowolniejszemu wydadzą się zbyt nużącymi; w pół drogi za wiele mu już tych piruetów humoru; wyprzedza ich; humor zaś czuje się umęczonym, zanim połowę drogi przebiegnie; gdy droga długą, rzadko dobieży do celu bez okulawienia lub upadku. Bywa to karą humorystów, którzy zapominają, że humor jest wyborną przymieszką, ale nigdy zasadą. Wyprawiają oni biesiadę ze słodkich i gorzkich potraw, które nie sycą głodnego, tylko nęcą i w końcu zepsują żołądek. Tragikomiczność powstaje z połączenia tragiczności z komicznością. Rzecz poważna rozwikłuje się wesoło – zamiast cięcia pałaszem, które  tułów rozdziela z głową, przyłożenie mokrego ręcznika. Albo komiczność bierze nieszczęśliwy obrót – trefniś naśladuje skok niezręcznego, pada i łamie nogę.

Należy jeszcze wyświecić jedno pojęcie, nie mające nic wspólnego z ironią, o której mówiliśmy dotąd. Jest to tak zwana ironia romantyczna, która pierwotnie oznaczała tylko swobodę romantyczną artysty wobec własnego dzieła. Gdy w tragedii np. płacze smutek, występuje błazen i śmieje się. Błazeństwu jednak nie może artysta nadawać cechy smutku; powinien stłumić własne współczucie. Ten jest partaczem w sztuce, który nie umie do woli kierować swym pegazem, z którym koń robi, co mu się podoba, nie idąc torem wskazanym. Jak długo uczucie przeziera z każdej szpary, tak długo niema mowy o prawdziwej sztuce. To opanowanie siebie nazwano „ironią” (dziś często humorem); artysta powinien wobec swych utworów zachować się ironicznie. Wkrótce jednak to wyjątkowe znaczenie ironii zatarło się, a zwyczajne podniesiono do zasady. Artysta miał odtąd dowodzić światu w oczy, że wszystko jest igraszką i wyobrażeniem własnego „ja”, mogącego odmieniać rzeczy do woli, bez względu na to, czy chodzi o sprawę poważną, czy wesołą. Wydało się teraz artystom, że muszą być ironicznymi, jeżeli chcą uchodzić za prawdziwie swobodnych.

I tak to wnosili rozstrój do własnych swoich postaci. Szczególniej popadli w przewrotny humor. Ażeby dowieść, że są twórcami wolnymi, i że mogą przedmiot kształtować według swego widzimi się, piętrzyli sprzeczności, przedrwiwali, wyszydzali i rozkładali wszystko, co tworzyli, a w końcu poczęli rozstrajać siebie samych. I taka chaotyczność, w której artysta, świat, osnowa, rozpadły się nawzajem, uchodziła za sztukę! I to miało sprawiać wrażenie harmonijne! Niedorzeczny obłęd! Czystość i błoto, gwiazdy i świeczka w domu rozpusty, co najwyższe i najniższe, co najczystsze i najbrudniejsze – zmieszano razem; nie było odtąd świętości, gdyż ją ironia rzucała w błoto i deptała nogami, nie było wielkości, gdyż nędzota musiała żyć z czegoś! Wreszcie przepada wszystko – cześć, ojczyzna, cel i życie. Zostaje rozkład i zgnilizna! Była to ciężka choroba twórczego ducha. Pogrobowce tych czasów cierpimy na nią jeszcze. – Potrzeba nam jasnego, pogodnego humoru. Owej przymieszki rodzącej piękną równowagę i szeroką harmonię, potrzebujemy wśród tych wszystkich namiętnych wytężeń i jednostronności, jakim uległa nasza epoka w swym pędzie do rozwikłania tylu wielkich, nowe przestwory otwierających zagadnień.

Jesteśmy u końca rozdziału. O ile rozmiary i założenie pozwalały, skreśliliśmy zasadnicze miary estetycznego sądu. Z pełni przedmiotu wyjęliśmy tylko, co najważniejsze, dalecy od zrozumienia, żeśmy go  wyczerpnęli.

Chodzić będzie nam teraz o przyłożenie miar odnośnych, o wskazówki, jak ich użyć należy, o dowód, że są istotnie prawidła na osądzenie bezbrzeżnego świata zjawisk miarą piękna i brzydoty, albo przynajmniej, że w upodobaniach estetycznych nie wszystko jest samowolą i kaprysem.

Czy obrana droga była za jednostajną i za nużącą? Czyśmy nie dosyć zachwycali się pięknem i wzniosłością, nie dosyć pieścili wdziękiem, nie dosyć igrali ze zjawiskiem o drobniuchnej twarzyczce ? Czyliśmy nie dosyć wzgardzili płaskością i gminnością, nie dosyć czuli odrazy w obliczu brzydoty, a trwogi w obliczu straszliwości? Wobec dokonanych dzieł sztuki czas na uniesienia, podziwy i trwogi! Tu uściela się tylko droga i ułatwia poznanie. Nudny to przewodnik, co na każdym kroku nie tylko wskazuje obrazy, ale i własne rozlewa uczucia. Niech wskaże drogę i zwróci uwagę, ale samemu wszystko widzieć i samemu odczuć – to jest rozkoszą i korzyścią podróżnika.