Komiczność cz. 1

Rozpoczynając cykl wpisów zadedykowanych zjawisku komiczności warto wspomnieć jeszcze, że w  tragiczności zjawisko, dla którego czujemy sympatię, staje do walki z potęgą mu wrogą i w niej upada. Harmonijne rozwiązanie konfliktu po zaciętej walce, prawie ocierającej się już  o tragiczność (Kupiec Wenecki), wywiera błogi, urok.

Niezwykle, jednak wesołe uczucie owłada nami, gdy z całą swobodą duszy możemy śledzić  konflikt rozwiązujący się w sposób nikomu nie szkodliwy. To jest istotą komiczności. I tu stoją przeciw sobie dwie siły. Ale miasto tragicznego upadku mamy tu rozwiązanie nikomu nie szkodzące, sprzeczność, która się sama znosi, czyli w „nic“ przemienia. W tragiczności pasują się dwie potęgi i w splocie wężowym padają na ziemię a jedna tylko powstaje – druga ginie. I w komiczności porywają się za barki dwie siły i szamocą, ale obydwie padają w piasek i za chwilę powstają na powrót, choć może trochę zabrudzone a jedna utyka na nogę. Tam wstrzymuje się oddech i krwią nabrzmiewają lice zatrwożonego widza; tu śmieje on się i to tern serdeczniej, im mniej sympatii posiadał zapaśnik pokonany. Zauważyć należy, że w komiczności może nawet znaczna wyrządzoną być krzywda pokonanej ofierze, ale ta krzywda nie powinna jej przejąć boleścią, jeżeli rozwiązanie konfliktu ma być komicznym. Obaczymy zaraz, że tu zależy wszystko od podmiotowego pojęcia rzeczy i że ludzki osobisty egoizm niepodobnym czyni ścisłe rozróżnienie szkodliwości od nieszkodliwości.

Co jednemu wydaje się komicznym, to dla drugiego może być bardzo smutnym a w pewnych okolicznościach, tragicznym. Co jeden nazywa wyrazem uczucia komicznego, w tern widzi drugi nagany godną radość z cudzej szkody i ukrytą złośliwość.

Jakimże ma być ów konflikt komiczny?

W ogóle zauważyć należy, że powinien być niezwykłym, nastąpić niespodzianie, jak mówią pospolicie, „zaskoczyć nas“. Jak w rozdziale o tragiczności wykluczyliśmy z jej zakresu śmierć prawidłową, naturalną, tak tu wykluczamy powolne, spokojne rozwiązanie konfliktu. Komiczność przepada, jeżeli przeciwieństwa nie nacierają na siebie nagle i stanowczo.

Jedną z najgłówniejszych form komiczności jest ta, w której uczucie przeradza się nagle w inne, będące wręcz jemu przeciwnym. Gdzie rzeczywistość i oczekiwanie, pojęcie i zjawisko nie zgadzają się nawzajem ze sobą, a sprzeczność ich objawi się nagle i w. ucieszny sposób, tam śmiejemy się szczerze.

Parę przykładów komicznego konfliktu. Przedstawmy sobie natchnionego mówce, który w chwili, gdy wzniosłą wymową zapala tłumy, zmuszony jest kichnąć, albo tryumfatora, który w swym wspaniałym diademie krocząc, potknie się na bruku. Jest to wówczas zetknięcie się istotnej albo przybranej wzniosłości ze zwyczajną płaskością. Powstaje stąd komiczny konflikt, który zaciera wzniosłość. Śmiejemy się. Komiczności strzec się powinna szczególnie wzniosłość przybrana.

Jak łatwo straszliwość przejść może w komiczność, możemy się przekonać w jarmarcznej budzie z dzikimi zwierzętami. Gmin szczególnie, który rzeczy bierze, jak są, śmieje się do rozpuku z powstających tu sprzeczności. Ażeby tłum widzów pobudzić do śmiechu, nie potrzeba naówczas małpy lub niezgrabnego niedźwiedzia, który z wściekłym gniewem potrząsa kratą swej klatki; nawet najsilniejszy lew albo tygrys obudzą takież same uczucia, kiedy rycząc zajadle wspina się na klatkę, albo straszliwą łapą uderza o widły stróża. Jego wściekłość i siła z jednej, a niemoc szkodzenia z drugiej strony, stanowią kontrast nadzwyczaj śmieszny dla każdego, który nie ma tyle delikatnego uczucia, aby ulitować się nad losem potężnego zwierzęcia, ani dosyć fantazji, aby pomyśleć, że szranki w tej chwili zniknęły, ani dosyć szlachetnej dumy, ażeby się nie pastwić nad zbezwładnionym przeciwnikiem. Tłum nie znający takich skrupułów, ma w tym największą właśnie przyjemność – nie mówiąc już o wypadkach, w których ofiarą bywa istota, nie budząca żadnej obawy.

Bo gdy cierpienie istoty szlachetniejszej obudzą częstokroć wspaniałomyślne pożałowanie, pospolitsza nie rodzi nawet współczucia. Lud nie ma pełnej uciechy w menażerii, dopóki nie ujrzy małpy, jak w szalonej a nieszkodliwej, wściekłości, zgrzytając zębami i szarpiąc kratę, ugania po klatce. Im bardziej zwierzę zniecierpliwione, tym radość większa. Mało kto zdoła przejść obok psa uwiązanego na łańcuchu, aby go nie podrażnił; dręczyć spętane a dzikie zwierzę, dla wielu wydaje się rozkoszą, rozgniewać słabego człowieka, bywa szczególną uciechą istot nierozwiniętych umysłowo, a zatem dzieci i ludzi w stanie natury. Wytwarzający się kontrast porywa ich bez hamulca do śmiechu.

W co się przerodzić może przeraźliwość, niech nas pouczy ostatnia scena Byronowskiego: „Don Juana”. Cień siwego mnicha wślizguje tam się w komnatę Don Juana. Strach i przerażenie owładają nim, wstrzymując oddech w piersi. Po chwili zawstydzony własnym tchórzostwem rzuca się na złowrogie zjawisko i chwyta za mur księżycem oświetlony; z przerażeniem rzuca się po raz drugi i habit mnicha opada, a jawi się rozkoszna, woniejąca kibić kobiety.