Dźwięk cz. 3

Próżnym byłoby usiłowanie wyczerpnięcia, choć ogólnie, przedmiotu. Zauważmy tylko wodę. Sączy się, pluska, szemrze, dudni, śpiewa, szeleści, szumi, grozi, wyje, ryczy – jakaż powódź tonów! A jakie bogactwo uczuć im towarzyszy! Plusk łagodny niepokoi mile, pogwar śpiewny tryskającej i opadającej wody w artezyjskiej studni, gwałtowna siła wodospadu, jędrna ruchliwość grzmiącej fali rozpasanego morza, natarcie i walka rozpryśniętych bałwanów – oto cała skala uczuć i wzruszeń!

I któż by zdołał odmalować słowem te wszystkie brzmień odcienia, od brzęku owadu, aż do łomotu wulkanu, od kołysanki śpiewnej trawnika, aż do ryku burzy!

Ziemia i powietrze rodzą ton, jak mówi Herder. Dla tego ptak, dziecię obojga, jest śpiewakiem stworzenia. Ulatując ze ziemi, ukryty w gałązkach, czy bujając w obłokach nuci swą piosenkę. Głowa jego wzbija się w górę, swobodnie szerząc dźwięki. Woda jest mniej śpiewną. Faluje za powolnie. Toż i państwo jej nieme. Ryba może ze siebie wydać ton zaledwie dosłyszalny. Łabędź, ów żeglarz fali, nosi już na sobie klątwę milczenia. W ogóle, nawet gatunki ptaków przywiązane więcej do wody, nie mają pięknych dźwięków, grzechocą, skrzeczą, gęgają, klekocą. Jakżeby się i mogły nauczyć śpiewu wśród ciągłego rozhoworu ponuro grzmiących fal!