Dźwięk cz. 2

Jednostajność .tonu, jeżeli tu zastosujemy nasze główne pojęcia estetyczne, jest brzydką, toż samo zamęt. Pierwszym żywiołem swobody  ładu jest takt. Przerywa on jednostajność i porządek. Wprowadzając zmianę wyrazu, wzmocnienie lub osłabienie, podniesienie lub zniżenie tonu, otrzymujemy rytm. Harmonią nazywa się współbrzmienie prawidłowo złożonych tonów, melodią ich następstwo.

Toż samo da się zastosować do głosów natury. Przeciągły, jednaki ciągle nuży, jeżeli nie budzi trwogi lub wstrętu. W pierwszym razie wydaje się pozbawionym życia; w drugim czujemy zwykłą miarę wytrwałości głosu tak przekroczoną, że rodzi się w nas obawa, czy tchu mu stanie; mierząc zatem głos cudzy siłą własnego, czujemy się zatrwożeni i przygnębieni. Nudnym jest także ciągłe powtarzanie się tonu np. sączenie się wody z rynny itd., drażniącym jednostajne wycie psa, podczas  gdy szczekanie jest urozmaicone, a więc znośne. Zbytnia krótkość zdradza niepokój, rozstrój, drżenie, trwogę. Zbyt silne wytężenie i nagłe opadnięcie głosu odbiera nam miarę, wydaje się więc brzydkim i strasznym. Jeżeli tony przekraczają naszą miarę, lecz tkwiącą w nich samych zachowują, powstaje wzniosłość. Takim jest grzmot przeciągły. Uderzenie piorunu jest straszliwym. Toż samo burza: naprzód przeciągły, jednostajny szum – monotonia, posępność, w duszy trwoga; nagle kilka urywanych, ostrych, zwięzłych tonów – niepokój, rozstrój; potem stopniowe Wzmaganie się brzmienia, siła jego rośnie, rośnie coraz wyżej, coraz wyżej i dokądże? gdzie kres tego? świst, wycie, szum, zgrzytanie, czasami dźwięki dziko ponure – jesteśmy zgnieceni; dusza nasza łamie się pod ich potęgą; miliony duchów piekielnych zdają się szaleć, a ziemia i niebo oddane na pastwę zagłady! Nagle cisza śmierci. Ta cisza staje się wtedy miarą. Z nią porównywamy wściekłość burzy.